Iesus Nazarenus Rex Iudaeorum

Jezus Chrystus i Jego Ofiara na krzyżu
Ecce Homo
Bóg, który stał się człowiekiem

  Męka drogi krzyżowej

Męka drogi krzyżowej

Czy wiecie Państwo, jak fizycznie przejawiało się cierpienie Jezusa w czasie tych strasznych kilku godzin, od momentu biczowania, do chwili, gdy włócznia Longinusa przeszyła Jego bok? Jeśli skończyliście medycynę – wiecie. Jeśli nie, to – jak zapewnił mnie pewien lekarz – nie macie bladego pojęcia, co konkretnie wycierpiał. Przybliżę to Państwu, opierając się na jego wyjaśnieniach.
Zacznijmy od biczowania.
W ciągu trzech-czterech minut przerodziło się w rzeźnię tkanek.
Skóra rozrywała się jak mokry papier i odsłaniała mięśnie. Jezus odczuwał to tak, jakby ktoś wylewał Mu na nie… roztopiony ołów. Mięśnie w kontakcie z powietrzem pieką wtedy jak oparzone, bo następują głębokie uszkodzenia włókien mięśniowych i nerwów czuciowych.
Kiedy mięsień zostaje rozszarpany, dochodzi do podrażnienia wolnych zakończeń nerwowych – nocyceptorów. One odpowiadają za ból palący, piekący, ale nie tępy. Ten mechanizm występuje też przy oparzeniach II stopnia. Czyli około pół godziny biczowania, które jest jak smażenie się w ogniu…
Ale to był zaledwie niewinny początek.
Później nastąpiło gorsze: korona cierniowa. Większość z nas sądzi błędnie, że to jakoś da się przeżyć: trochę kolców w głowie. Niezupełnie. Korona była rodzajem czepka. Gdy żołnierze wcisnęli Mu ją na głowę, doszło do przebicia skóry owłosionej, jednej z najbardziej unerwionych części ciała. Każdy cierń pobudzał jednocześnie kilka włókien bólowych, zaś ból był serią małych, promieniujących na całą twarz eksplozji, przeszywających jak błyskawice. Później żołnierze bili Jezusa po głowie trzcinami, a każdy cios działał jak młotek wbijający ciernie – nastąpiło drażnienie i zgniatanie nerwów podskórnych. Te reagują bólem nie do opanowania. W medycynie znamy dość podobny – z tak zwanej neuralgii nerwu trójdzielnego. Pacjenci opisują go jako „piorun uderzający w czaszkę”. Tu tych „piorunów” były dziesiątki. Część kolców zaś nie tylko wbijała się głębiej, ale mogła (choć to mało prawdopodobne) przemieszczać kości czaszki lub (to raczej na pewno) drażnić okostną – niezwykle wrażliwą na ból. To daje odczucie miażdżenia kości od środka.
Twarz zalała krew, która piekła jak sól. To był drugi etap wstrząsu – hipowolemiczny, gdy cierpienie zaczęło odbierać orientację.
Potem zmuszono Go do marszu.
Belka krzyża wciskała się w poranione plecy, rozogniała rany. Każdy ruch powodował ponowne otwieranie skrzepów.
Jezus prawdopodobnie tracił wtedy przytomność krótkimi falami: zawężone pole widzenia, szum w uszach, falujące tętno, raptowne osłabienie mięśniowe. 
A potem przybito Go do krzyża.
To był cios w system nerwowy.
Gwoździe w nadgarstkach, w tak zwanej przestrzeni Destota, prawdopodobnie uszkodziły nerw pośrodkowy.
To mogło wywołać katusze, których pacjenci nie potrafią porównać do niczego: dłoń wygina się odruchowo w charakterystyczny kształt, ból promieniuje aż do barku i klatki piersiowej. Stopy przebite w okolicach nerwów podeszwowych wywołały u Niego cierpienie podobne do neurogennej neuralgii – jednego z najgorszych rodzajów cierpień.
Organizm z wolna tracił kontrolę.
Ciało zaczęło opadać. Ręce wyciągały się, uniemożliwiając oddychanie.
Mógł wdychać tylko po podciągnięciu się w górę – na przebitych nadgarstkach i stopach. Każdy taki ruch wysyłał błyskawice bólu do ramion i wywoływał jego eksplozje w stopach. Każdy opad w dół – głęboką duszność. Medycyna nazywa to asfiksją wysiłkową: człowiek ma powietrze jakby przed sobą, a jednak nie może go zaczerpnąć.
On tak oddychał trzy godziny. I zachował zdolność myślenia. Pamiętał, by polecić nas opiece swojej Matki.
Oraz przebaczył oprawcom.
W czasie całej męki czuł straszliwe pieczenie w płucach i ucisk w klatce piersiowej, potem panikę oddechową. To stan, w którym serce zaczyna bić chaotycznie. A ciernie cały czas były wbite w skórę. Z każdym uniesieniem i opadnięciem głowy ruszały się, paliły jak żywy ogień.
Aż wreszcie nastąpił koniec.
Najważniejsze: On doskonale wiedział, co wycierpi. Jest Bogiem.
Ale czego się nie robi z miłości, prawda?

______________________________
autor: Tomasz Natkaniec
Tygodnik Em nr 6/2026